26.11.2014 Cud na ZUT – relacja


logo

Od 20 do 22 czerwca 2014 r., w idyllicznej miejscowości Grainau będzie miał miejsce wielki festiwal biegów SALOMON ZUGSPITZ ULTRATRAIL (ZUT), który ma wszelkie zadatki by stać się absolutnie klasycznym ultramaratonem. Tak zgrabnie bieg został opisany w materiałach marketingowych.

Opis bardzo kuszący dlatego już w listopadzie zarejestrowałem się na trasę Basetrail. Żeby wzmocnić motywacje, a jednocześnie zamknąć sobie drogę do wycofania się z biegu pochwaliłem się tym wśród znajomych. Klamka zapadła. Deadline 21 czerwca 10.00 Mittenwald.

Kolejnym etapem przygotowań, oczywiście poza kolejnymi treningami było znalezienie „kwatery głównej”. Mamy taką zasadę, że najpierw sprawdzamy czy aby przypadkiem tam gdzie się wybieramy nie ma hoteli ewentualnie pensjonatów (apartamentów) prowadzonych przez Polaków. W tym przypadku wyszukiwarka google pokazała http://www.margareta-mittenwald.eu/index.php/pl/mieszkanie.  Pobieżne przejrzenie utwierdziło nas w przekonaniu, że „szału nie ma” ale w końcu ultras nie potrzebuje luksusów. Szybki mail do Pani Właścicielki i wstępne ustalenie podstawowych kwestii. W efekcie wymiany korespondencji punkt „Zakwaterowanie” można było odfajkować. Do czasu kiedy w maju dostałem maila, że z uwagi na dużą liczbę turystów „nasz apartament” został wynajęty na dłuższy okres, a my w zamian dostaniemy inny „dużo lepszy”. Aha, pomyślałem sobie trzeba będzie podzielić dużo przez lepsze i w efekcie dostaniemy ciemną zatęchłą klitkę w suterenie. Podejrzenia potęgował fakt, że Pani Małgorzata w jednym z maili poinformowała nas, że nie będzie jej w czasie naszego pobytu na miejscu, bo wyjeżdża do Wiednia. Czyli taktyczne wycofanie się pomyślałem sobie. Poza tym odtąd mieliśmy kontaktować się z Luitpoldem Wurmerem, a nie z nią.

Komenda „do wozu” padła 19 czerwca o 7.00. Przed nami było prawie 900 km. W związku z tym, że nie traktowaliśmy wyjazdu jak wyścigu zrobiliśmy sobie w okolicach Wiednia prawie 2 godzinny postój na stacji benzynowej. Stacja ta okazała się być niezwykłą. Szczególnie jeśli uwzględni się, że połączona była z knajpką włoską, której poziom dorównywał najlepszym tego typu przybytkom w Polsce. Podkreślam raz jeszcze, to była zwykła knajpa przy drodze. Żal było się stamtąd ruszać, ale w końcu to był dopiero 370 km trasy.

Dalsza podróż przebiegała jak to na autostradach w Austrii i Niemczech spokojnie, a nawet monotonnie. Choć w czasie tego wyjazdu była jedna rzecz, która mnie intrygowała. Mając w pamięci wcześniejsze wyjazdy kiedy to w głośnikach niepodzielnie panował Jaś i Małgosia, Calineczka, Brzydkie Kaczątko, że wspomnę tylko emblematyczne postacie kanonu bajek. Tym razem było inaczej z radia sączyła się ulubiona „Trójeczka” dopóki była w zasięgu a potem U2 i The Cranberries. Cud!? Nie to tylko magia samochodowego DVD. Ten kto wymyślił ten sprzęt powinien dostać nominacje do Pokojowego Nobla. Nawet najdłuższa podróż odmierzana najpiękniejszymi bajkami na DVD i klasyką rocka kiedyś musiała się skończy. Na godzinę przed przyjazdem na miejsce postanowiłem wykonać desperacki krok i powiedzieć Luitpoldowi „SPRAWDZAM” bo do tej pory funkcjonował jedynie w świecie wirtualny. Wydobyłem przygotowaną wcześniej kartkę z numerami i zadzwoniłem na podany w mailu numer komórkowy. Jakoś nie byłem bardzo zdziwiony, gdy automat poinformował mnie „że numer jest niedostępny”. OK! Mamy jeszcze numer domowy. Po kilkunastu sekundach po drugiej stronie odezwał się Luitpold, którego w krótkich żołnierskich słowach poinformowałem „noch eine stunde”. Uprzejmy Pan przekazał podstawowe informacje gdzie mamy na niego czekać. Jest dobrze, człowiek istnieje pomyślałem. No to teraz już z górki do Mittenwald.

Po przybyciu w umówione miejsce telefon do Luitpolda. Teraz on w krótkich słowach stwierdził „ein moment”. Po 5 minutach objawił nam się Herr Luitpold Wurmer. Nie będę dokładnie opisywał jak wyglądał napisze tylko, że był to typowy Bawarczyk. Według mnie ze swoim sumiastym wąsem i ludowym strojem, w którym oczywiście dumnie paradował mógłby spokojnie bez charakteryzacji zagrać krasnoluda z niemieckich legend. Mieliśmy kawałek podjechać za nim pod apartament. Jest!!! Istnieje. Przybrał formę alpejskiej willi. Herr Wurmer wprowadził nas na pokoje. Okazało się, że w zamian wcześniej zarezerwowanego apartamentu dostaliśmy całe pięto willi. Żartowałem, że po niewielkich zmianach w ustawieniu mebli będę mógł w salonie ćwiczyć tempówki, ale to był dopiero początek niespodzianek. Po prezentacji apartamentu pomyślałem, że Bawarczyk nas wkręca, że to jakiś fejk i zaraz pokaże nam cuchnący loch. Nic się takiego nie zdarzyło, co więcej dostaliśmy plik rozmaitych kuponów rabatowych, biletów wstępu etc. Ilość tego była taka, że spokojnie można byłoby obdzielić rodzinę wielodzietną. Po bliższym zapoznaniu się z apartamentem, doszedłem do wniosku, że to chyba jakaś tajna baza inżynierów z IKEA, gdzie testują swoje nowe rozwiązania w zakresie funkcjonalności. Aha dla porządku dodam, że w salonie była 50 calowa plazma – miły element wyposażenia, szczególnie w czasie trwającego mundialu. W garażu natomiast czekały dwa rowery górskie, tak na wszelki wypadek, gdyby przyszła mi ochota na treningi zakładkowe. NAPRAWDĘ GORĄCO POLECAM TO MIEJSCE.

Po śniadaniu doszliśmy do wniosku, że czas rozpocząć festiwal biegowy i udaliśmy się do Grainau po odbiór pakietu startowego. Obawiałem się, że sporo czasu nam to zajmie. Poszło błyskawicznie po podaniu wolontariuszowi numeru startowego otrzymałem gustowny worek Salomona z pakietem startowym i gadżetami od sponsorów. Na tablicach informacyjnych były wskazane elementy wyposażenia obowiązkowego. Miałem wszystko poza rękawiczkami, brak ten szybko uzupełniłem na expo. Teraz miałem już naprawdę wszystko. Brakowało tylko jednego. POGODY.

P1050766

jpgpp

Mieliśmy pierwszy dzień lata a Najwyższy chyba zamierzał zrobić psikusa i przetestować ultrasów w warunkach zimowych. Lało jak z cebra, a temperatura nie przekraczała 8 stopni. Nie trzeba mieć doktoratu z meteorologii, żeby sobie wyobrazić co się przy tej pogodzie dzieje na 2000 m npm.  Z tyłu głowy pojawiła się myśl, a co jeśli organizatorzy odwołają bieg. Były takie przypadki, w końcu bezpieczeństwo biegaczy najważniejsze.

P1050712

W serdecznej rozmowie z Luitpoldem zapytałem gdzie można pokosztować bawarskich specjałów. Wskazał knajpę, która była 100 m od apartamentu. Pomyślałem „no to chłopie się nie wysiliłeś”. Daliśmy jednak szanse Gaststätte am Kurpark www.gaststaette-am-kurpark.de

haus_mitte

Akurat w środku biesiadowało grono miejscowych emerytów to nas tylko utwierdziło, że może wytwornie nie będzie, ale smacznie na pewno. I naprawdę nie rozczarowaliśmy się. W ramach uzupełniania potasu zamówiłem zupę pomidorową z kleksem kwaśnej śmietany. Jeśli wzorzec metra znajduje się w Sèvres to wzorzec zupy pomidorowej znajduje się w wzmiankowanej wyżej restauracji. Wysoki poziom trzymała również delikatnie octowa kartofel salad i domówione drugie dania wykaligrafowane na tablicy przed wejście i szumnie nazwane „dania dnia”. Kiedy już chcieliśmy ładnie podziękować i zapłacić. Pani kelnerka jak bankier w drugiej części filmu Vabank powiedziała” „einen moment bitte” po czym na stół wjechały desery, które akurat w tym dniu były w bonusie do zamówionych posiłków. Po wyjściu zapytałem Żonkę mając w pamięci nasz pobyt w Zakopanym w czasie weekendu biegowego dlaczego w Niemczech za obiad dla trzech osób w wersji „piwo wino i co ino” zapłaciliśmy 25 euro a u nas tyle to kosztują przystawki. Pytanie nie doczekało się jednoznacznej i logicznie spójnej odpowiedzi (jeśli ktoś ją zna niech da znać). Po powrocie do apartamentu nastąpiło komisyjne przygotowanie i sprawdzenie i sprzętu.

P1050721

Utrzymując konwencję filmową nie pozostaje mi nic innego jak stwierdzić „nadeszla wiekopomna chwiła” 21 czerwca. Po przebudzeniu kontrola pogody. Mgła. Jest dobrze mgła zwiastuje słońce. Powolutku przygotowałem śniadanie ekscytując się widokiem za oknem. Co prawda góry za oknem nie robią na mnie wrażenia, ale jeśli mają 2500 m npm mogą się podobać. Po śniadanku krótki odpoczynek i wyjście na rozruch. W okolicy nagle zaroiło się od dziwnych ludzi w papuzich kolorach z plecaczkami i kijami. Ani chybi współtowarzysze niedoli. O 9.30 w triumfalnym pochodzie przeszliśmy do centrum gdzie zlokalizowany był start.

Przed wejściem do strefy startowej wolontariusz rozliczył mnie dokładnie z listy wyposażenia obowiązkowego. Tu taka mała dygresja. Na biegach w Polsce wielu biegaczy psioczy, że lista obowiązkowa to tylko „zbędny szpej” bo po co folia NRC, minimum litr płynu, kurtka z kapturem, dowód osobisty czy telefon komórkowy. W Niemczech te kwestie są nienegocjowane.

Zugspitz Ultratrail

Na starcie spiker darł się jak opętany, co chwilę jak mantrę powtarzał, że uczestniczymy w wyjątkowym wydarzeniu, że już teraz jesteśmy bohaterami, a w miejscowościach gdzie mieszkamy powinny stanąć nasze pomniki. Powoli zbliżała się godzina 10.00 z głośników nagle rąbnęło AC/DC i Highway to Hell (jak sie okazało proroczy tytuł). Końcowe odliczanie i START. W zawiązku z tym, że ustawiłem się pod koniec stawki trochę czasu upłynęło zanim przekroczyłem linię startu. Początek trasy został poprowadzony malowniczy uliczkami. Pierwszy podbieg i korek ludzi jak na procesji z okazji Bożego Ciała. Dostojnie przesuwaliśmy się do przodu po drodze spotkałem Polaków z Gdańska (jednego z nich trasa pokonała) zamieniliśmy parę słów zrobiło się trochę miejsca i pognałem do przodu. Oczywiście w tym momencie popełniłem dwa podstawowe błędy neofity: pierwszy brak pokory i powiązany z nim za szybki start. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że przyjdzie mi za to słono zapłacić.  Trochę się zdziwiłem kiedy dobiegając do Ferchensee okazało się, że jestem w szpicy biegu. Pomyślałem sobie wtedy, że jeśli tak ma wyglądać ten bieg to faktycznie mogłem wybrać trasę Supertrail 60,7 km,+ 2.973m/-3.335m.

Na pierwszym punkcie kontrolnym miałem 50 minut zapasu. Zabrałem izotonik trochę rodzynek, moreli, orzechów włożyłem to do kubeczka kubeczek pod szelkę od plecaka i rozpocząłem fiestę. Włączyłem audiobooka Samsara Tomka Michniewicza. Biegło się idealnie, lekkie zachmurzenie, biegaczy mało. Bajka.

Trasa wiodła leśnymi duktami czasami trafił się singletrack. Na 13 km czekał nas ciężki techniczny zbieg. Wtedy jeszcze nie miałem świadomości, ale w czasie tego zbiegu najprawdopodobniej nabawiłem się kontuzji, która z irytującą konsekwencją coraz silniej ujawniała się. Na drugim punkcie kontrolnym, który był troszkę w innym miejscu niż to wynikało z profilu i mapy po raz pierwszy pouczyłem przeszywający ból po zewnętrznej stronie lewego kolana. Szybka decyzja, telefon do Kamila jednego z najlepszych biegaczy górskich w Polsce. Diagnoza zabrzmiała jak wyrok, może to być łąkotka. Nie no bez żartów, nie po się tłukłem się taki kawał drogi, żeby teraz się nad sobą rozczulać. Zabrałem z bufetu Red Bulla o smaku coli, z plecaczka wyjąłem dwa Ibupromy, wylałem swojego izo zabrałem świeżego i pognałem do przodu. Dla porządku dodam, że przede mną była najtrudniejsza część trasy 11 km wspinaczka z 810 m npm na 2029 m npm. Do pomocy zaprzągłem kije. Audiobook zaczął irytować, izo nie smakował. Od tego momentu zacząłem rozumieć o czym myśleli organizatorzy pisząc w regulaminie o „szczególnych trudnościach” „odpowiednim przygotowaniu” etc.

_RDG1968

Niewielkim pocieszeniem było to, że inni byli w jeszcze gorszym stanie, u nich poddał się żołądek. I tak w grupie nieszczęśników, która bardziej przypominała pielgrzymkę do Lourdes niż bieg ultra doczłapaliśmy do trzeciego punktu kontrolnego. Po dobiciu do V3 odkryłem prawdę absolutną – odpowiedź na pytanie o różnice między V3 i V4, które na profilu są w tym samym miejscu. One były w tym samym miejscu, tylko żeby pojawić się na V4 trzeba było wdrapać się na Bergstation Alpspitzbahn 2029 m npm a potem zbiec.

2013 Zugspitz Ultratrail trail running race

Prosta sprawa pod jednym warunkiem, „że noga się kręci”, a moje kolano przyczaiło się i przygotowywało się do decydującego uderzenia. Pomiędzy V3 i V4 zacząłem dilować z Bogiem, żeby łaskawie przykręcił potencjometr bólu. Nic z tego nie wyszło. Wtedy wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł odwołać się do Patronek – Epidemii. Może wielkodusznie zgodzą się zabrać ból, a w zamian co? Może pelagra jedna z chorób „niedoborowych”  zwana także choroba „3D” Dermatitis (zapalenie skóry), Diarrhoea (biegunka) i Dementia (otępienie). Z tego tria wybrałem demencję. Te targi też nie przyniosły zamierzonych efektów. Pozostała prozaiczna walka z bólem. Dramaturgię sytuacji potęgowały quady ratowników górskich, którzy zwozili kontuzjowanych biegaczy.

_RDG2712

Ponownie pojawiłem się w punkcie V3, który tym razem był już V4 – ostatnim punktem kontrolnym biegu. Do mety pozostało “tylko” 6 km morderczego zbiegu.  Ostatnie 2 km wiodły przez uliczki Grainau i tu przeżyłem deja vu wszystko było jak w trailerze biegu. Na finiszu udało mi się jeszcze wyprzedzić paru biegaczy. Bieg ukończyłem. Oczywiście pozostają rachunki do wyrównania z ZUT. Dlatego jak powiedział pewien Austriak i’ll be back.

VIP ZUT

p.s.

ZUT zbezcześcił mnie fizycznie. Kontuzja okazała się jednak poważną sprawą, której nie dało się „zabiegać”. Powodem bólu były przyczepy w kolanie. Bezsilne były prądy, pole magnetyczne, laser. Ból ustąpił po miesiącu jak ofensywę przypuścił korzeń żywokostu – wunderwaffe biegaczy.

Co do organizacji biegu. Nuda;) wszystko przewidywalne, opisane i wskazane. Żadnych niespodzianek czy wpadek. Punkty żywieniowe zaopatrzone wzorowo, trasa oznaczona i zabezpieczona w stopniu idealnym. Mając punkty żywieniowe co 6-7 km można zrezygnować z plecaka zabrać „nerkę” i max 1 batona czy żela, natomiast braki uzupełnić na punktach.

Sprzęt:

Buty Salomon S-LAB XT 6 Softground

Skarpety X-BIONIC Effektor XBS Competition

Getry X-BIONIC Effektor Running Power

Koszulka X-BIONIC Effektor Running Power

Plecak Salomon Advanced Skin 12 Set

Kije FIZAN limitowana edycja dedykowana SALOMON ZUGSPITZ ULTRATRAIL

Zegarek z GPS Garmin Forerunner 610