13.08.2015 Chudy Wawrzyniec – relacja


Tegorocznemu startowi w Chudym Wawrzyńcu towarzyszyła powaga właściwa niegdysiejszej służbie zasadniczej albo mszy świętej w rycie przedsoborowym. Nie było miejsca jak rok temu na buńczuczne deklaracje „co ja nie dam rady… nie no jo cię prosza”. W ramach przygotowań od stycznia przebiegłem prawie 1000 km w większości po górkach Beskidu Żywieckiego. Żeby poczuć przedsmak tego co mnie czeka i przygotować się taktycznie do biegu na dwa tygodnie przed biegiem wybrałem się na rekonesans drugiej części trasy. Ruszyłem z Rycerki Kolonii, a następnie Wielka Racza – Przegibek – Ujsoły. Taki mały plus mieszkania na „prowincji”, że po 30 minutach jazdy możesz sobie pobiegać po trasach kultowych biegów ultra w Polsce. Większość żeby sobie na to pozwolić musi tłuc się kilkanaście godzin. Pogoda w dniu rekonesansu była „pod psem” padał deszcz, na szczytach mocno wiało, pomyślałem sobie niech tak będzie na Chudym, byłaby odmiana od upału jaki nam towarzyszył rok temu. Mapy pogodowe nie pozostawiały jednak złudzeń i złowróżbnie wieszczyły, że nadciągają „afrykańskie upały”, również przysłowia góralskie były bezradne bo „co w lipcu doleje to w sierpniu dogrzeje”.

W tym roku wybrałem odprawę w Ujsołach, powód był jeden była o 19 czyli  2 godziny wcześniej niż w Rajczy. Pozwoliło mi to na spokojny powrót do domu sprawdzenie sprzętu i dawało więcej czasu na odpoczynek przed biegiem. Odprawa techniczna podobnie jak rok temu skrzyła się od dowcipów Magdy i Krzyśka. Hitem stało się stwierdzenie Magdy że, „o tegorocznym Chudym z całą pewnością milej będzie się opowiadało niż go biegło”.

W związku z tym, że od pewnego czasu prześladował mnie koszmar, że zaspałem na bieg po powrocie do domu nastawiłem wszystko co dzwoni, bzyczy i brzęczy. O 2.30 z gracją na którą może się zdobyć człowiek wyrwany w środku nocy infernalnym dźwiękiem wybudzaczy wstałem z łóżka. Jak to mam w zwyczaju na przedstartowe śniadanie zjadłem klasykę czyli chleb, dżem i banana zapijając wszystko wodą koksową. Tradycyjnie zabrałem na drogę do Rajczy 0,7 litra…. wody z miodem spadziowym z beskidzkich pasiek, solą himalajską i ziarenkami chia.

W Rajczy zameldowałem się o 3.30, po krótkiej rozgrzewce ustawiłem się na starcie. W tym roku START był punktualnie o 4.00 nie trzeba było czekać na pociąg. Początek biegu to 6 km „klepania po asfalcie” z Rajczy do Soli. Po tym odcinku skręciliśmy w prawo w kierunku Rachowca. Majestatycznie wyglądał „wąż świetlny”, który tworzyły czołówki biegaczy na serpentynach pod Rachowcem.

foto-uchw15_01_mz_20150808_040111_2

Żeby za dużo nie myśleć i się nad sobą nie rozczulać na Chudego uzbroiłem się w audiobooki. Wybrałem do słuchania „Lawinę” historię zbrodni popełnionej we wrześniu 1946 r. na żołnierzach Narodowych Sił Zbrojnych działających w Beskidzie Śląskim i Żywieckim, między innymi w lasach przez które właśnie przebiegaliśmy. Nie zdradzając całej historii. Wspomnę tylko, że chodzi o grupę słynnego Henryka Flame aka Bartek. Jego podkomendni w wyniku prowokacji UB pod pozorem wyjazdu na zachód Europy zostali wywiezieni do kilku wiosek w województwie opolskim między innymi Barut. Żołnierze z pierwszego transportu zostali rozstrzelani strzałem w tył głowy, natomiast ci z drugiego zostali zamknięci w stodole pod którą wcześniej podłożono miny przeciwczołgowe. Po wysadzeniu stodoły przez wiele miesięcy okoliczni rolnicy znajdowali np. rękę na gruszy czy fragment głowy w zaroślach. Zbrodnia ta została nazwana „śląskim Katyniem”. Autor książki podkreślił, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ci którzy chcieli zbadać tą zbrodnię spotykali „smutnych panów”, którzy sugerowali im zająć się np. wędkarstwem.

Wracając do biegu założenie taktyczne były jedno spokojne tempo, bo wiadomo „kto szybko zaczyna szybko kończy”. Nie było sensu podpalać się na początku. Korzystając z sugestii doświadczonych ultrasów dystans Chudego podzieliłem na dwa etapy. Pierwszy od STARTU do WIEKIEJ RACZY i drugi od WIELKIEJ RACZY DO UJSÓŁ. Dodatkowo zrobiłem sobie „ściągę” na której miałem informacje o poszczególnych szczytach ich wysokościach n.p.m. i odległościach między nimi. Ten prosty zabieg w połączeniu z danymi z Garmina, zapewnił mi coś co na biegach ultra jest bezcenne ŚWIĘTY SPOKÓJ. Mogłem spokojnie kontrolować tempo, bo wiedziałem, że teraz to mnie czeka np. podejście pod Magurkę potem 7 km do Wielkiej Raczy a następnie crossowa dycha na Przegibek.

Wprowadziłem jeszcze jedną zmianę. Rok temu zatankowałem do bidonów i bukłaka tylko wodę kokosową. Fajnie smakuje fajnie nawadnia nie powoduje sensacji;). Tyle tylko, że rok temu po 40 km tak mi obrzydł jej smak, że planowałem porwanie dystrybutora tej wody, zaś moja styrana trasą psychika coraz to podrzucała nowe sposoby zadawania mu cierpień i to tak wymyślnych, że średniowieczni kaci mogliby u mnie terminować i wiele przy tej okazji się nauczyć.

Dlatego w tym roku postawiłem na różnorodność i polecam ją każdemu. Poza coconut water, miałem w bidonach wodę z miodem i sokiem z limonki oraz wodę z owocami baobabu i solą himalajską. Przed Wielką Raczą kiedy słońce zaczęło już porządnie przypiekać sprawdziłem ile zostało płynów. Z zabranych 2,5 litra zostało w sumie 0,5. Trzeba było zaliczyć pit stop w schronisku, bo na takiej ilości płynów nie było szans dolecieć do Przegibka. W schronisku przy bufecie był tłok jak na góralskiej pasterce, dlatego żeby nie tracić czasu skierowałem się do toalet gdzie akurat był wolny kran. Tak pysznej zimnej wody w życiu nie piłem. Tak na marginesie musiało to komicznie wyglądać bo chłodząc głowę jednocześnie chłeptałem lejąca się wodę i moczyłem buffki. Wychodząc ze schroniska zjadłem szybko banana i rozpocząłem dobrze znany z rekonesansu odcinek.

foto-uchw15_01_mtr_20150808_060449

Ta część trasy prowadziła lasami bukowo – świerkowymi, które chroniły nas przed słońcem. Dokładnie w połowie tego odcinka znajdował się jedyny „czynny” strumyk. Od tego momentu biegłem w konwoju z Dorotą i Łukaszem, którzy jak się później okazało należą do luminarzami polskich biegów. Dorota na ostatnim Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich zajęła I miejsce na 110 km.

foto-uchw15_02_mkz_20150808_060338

Dorota i Łukasz

Nic tak nie eliminuje zmęczenia w czasie biegu jak żarty, dlatego całą drogę do Przegibka żartowaliśmy. Doszliśmy do jedynie słusznego wniosku, że to błoto którego w taki upał być nie powinno to sprawka Dołęgowskich, którzy specjalnie dzień wcześniej rozlali wodę. Podjęliśmy też decyzję, że złożymy protest ponieważ na trasie znajdowały się wiatrołomy, które musieliśmy obchodzić nadkładając drogi;) Nasze żarty przerwało „piknięcie” bramki na Przegibku. Na punkcie większość czasu spędziłem pod prysznicem. Właściciele schroniska wystawili wąż ogrodowy z końcówka do zraszania. Kolejki do węża były większe  niż do uginających się od dóbr wszelakich stołów. Po opuszczeniu Przegibka natknęliśmy się na kierdel owiec. Na ich widok Łukasz stwierdził, że rodzina przyszła pokibicować;). Żarty wróciły i nawet nie spostrzegliśmy kiedy znaleźliśmy się na ostatnim podejściu pod Wielką Rycerzową gdzie znów mieliśmy okazje potaplać się w błocie. Naszą grupę pościgową prowadził Łukasz, który po wejściu na szczyt poleciał klasyką kina „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”.

Na Rycerzowej  wybraliśmy skręt w lewo. Zwolniliśmy hamulce i  puściliśmy się w kierunku bacówki pod Rycerzową. Na zbiegu poczułem, że wkładki moich Salomonów chcą wziąć rozwód z resztą buta. Niewdzięczne zwinęły się i zaległy w czubkach butów. Od tego momentu próby szybszego zbiegu były skutecznie „kasowane” przez ból.

Muszę dodać, że w naszym konwoju była ciągła współpraca moi towarzysze wspierali mnie wodą do chłodzenia, a ja w rewanżu wodą kokosową dopóki była, a potem wodą z Orsalitem. Na zbiegu na Przełęcz Kotarz Łukasz zaatakował nas pytaniem dlaczego „Mis Uszatek śpi na podłodze, bo klapnięte uszko ma”. Tego typu absurdalny żart jest najlepszym lekarstwem na ból i zmęczenie w czasie biegu ultra. Z moją dwójka rozstałem się pod Muńcołem, gdzie czekali na nich znajomi. Nie udało nam się już spotkać. Dlatego z tego miejsca DZIĘKUJĘ IM ZA WSPÓLNY BIEG.

Rok temu Muńcuł był dla mnie niekończącym się koszmarem. Był jak szuler, grający znaczonymi kartami. W tym roku wiedziałem co mnie czeka, miałem to wcześniej przebiegnięte i opisane. Zerkałem co jakiś czas na Garmina czy to już. I nadeszła kulminacja Muńcoła za którą Orgowie pozostawili na żółtym słupku informację „TERAZ TYLKO W DÓŁ”. Może nie był to super szybki zbieg bo wkładki masakrowały mi palce, ale sprawnie posuwałem się w dół wyprzedając przy tym innych biegaczy. Niektórzy byli w fatalnym stanie wymiotowali, siedzieli na pniakach z błędnym wzrokiem szczypiąc się po łydkach walczyli ze skurczami. Ja mimo piekielnego upału czułem się  komfortowo. Nie wiem czy to zasługa dobrego nawadniania, prysznica na Przegibku czy też kosmicznej technologii X-Bionica;)

Dymus

Podejście pod Muńcoła. Hipnotyzujące zdjęcie Piotra Dymusa.

Bardzo miłym akcentem była samozwańcza grupa kibiców stacjonująca na 3 km przed metą nie dość, że wznosili entuzjastyczne okrzyki to jeszcze służyli bufetem z arbuzami. Nie skorzystałem, ale chwała im za to. Na zbiegu z Muńcoła udało mi się wyprzedzić 18 zawodników. Na dobiegu do mety przybiłem „piątkę” fanatycznie kibicującej córce. Na mecie zameldowałem się z czasem 7h58:41,4 Wlałem nie do a na siebie 6 butelek Cisowianki. Wypiłem Lecha i wspierany przez Rodzinkę wróciłem do domu. Relaksując się w domu po biegu spoglądając na zegarek stwierdziłem, że rok temu o tej porze jeszcze męczyłem się na Muńcole. Mój czas w tym roku był o prawie 1h30 min. lepszy.

foto-uchw15_02_mkz_20150808_115943_2

Na koniec pozostaje pytanie czy będzie Chudy odsłona III. Nie wiem. Tegoroczny bieg dzięki Bogu nie pozostawił po sobie żadnych pamiątek czy to w postaci kontuzji czy traumy. Ten znak zapytania wynika z tego, że jest życie poza Chudym. Kalendarz biegów ultra robi się coraz bogatszy dlatego może warto spróbować czegoś innego. Nie mówię jednak nie. Zobaczymy. Jedno jest pewne zawsze będę nomen omen ciepło wspominał Chudego w końcu to moje pierwsze ultra w dwóch odsłonach.

Zapraszam do obejrzenia krótkiej retrospekcji z Chudego.