04.09.2016 Leśnik Jesień – Beskidzki Kopi Luwak


Pewnie znajdą się tacy co chełpią się tym, że są w stanie w ciągu dnia wypić 10 latte ze Starbunia. Suflować im będą ci, którzy w Biedrze kupili w promocji Cafe del Barista i raczyli się nią przez całe przedpołudnie pogryzając biszkopty light. Po co te przykłady? Po co ta cała egzemplifikacja, że użyję trudnego słowa?. Ano po to, żeby pokazać, że cykl Leśnik jest jak Kopi Luwak. Jest intensywny, wyjątkowy, budzi zmysły. Trzeba przejść wszystkie zdefiniowane i opisane przez psychologów mechanizmy obronne (nazwane również nieświadomymi sposobami unikania i redukowania potencjalnych zagrożeń) przyjmujące postać: wyparcia, tłumienia, projekcji, fiksacji, introjekcji, racjonalizacji, izolacji, a w końcu humoru i ironii, by poczuć jak wybornie smakuje udział w biegach, których trasy układa Michał.

profil

Profil

Jadąc do Korbielowa przejeżdżałem przez siodło między Juszczyną a Sopotnią skąd rozpościera się pocztówkowa panorama Beskidów z Pilskiem, Romanką i Rysianką, szczytami wyznaczającymi poszczególne etapy biegu. W biurze z uwagi na kameralność zawodów tłoku nie było. Odebrałem pakiet i po krótkiej rozgrzewce stawiłem się na odprawie, w trakcie której Michał dokładnie omówił przebieg trasy zwracając uwagę na newralgiczne punkty.

Odprawa

Odprawa

Punkt ósma dostaliśmy zgodę na start. Początek trasy został poprowadzony pod wyciągiem – trasą narciarską. Od razu założyłem, że nie ma co się na początku podpalać i ten fragment pokonałem szybkim marszem. Prawdę powiedziawszy to nie tylko początek, ale ¾ podejścia pod Pilsko poprowadzono po stokach narciarskich.

start

Start

Tym razem zabrałem ze sobą słuchawki, dzięki nim w drodze na szczyt Góry Pięciu Kopców (1535 m n.p.m.) towarzyszyły mi takie kamienie milowe światowej wokalistyki jak C.C. Catch, Boy George czy Bonnie Tyler. Pozwoliło mi to zapomnieć o tym, że już na pierwszych 8 km zrobimy 1000 m przewyższenia.

gora-pieciu-kopcow

Podejście na Górę Pięciu Kopców

Trasa była fantastycznie oznaczona. Ten kto chciałby coś w oznaczeniach namieszać musiałby się sporo napracować. Podejście na Pilsko jak i zbieg w kierunku Rysianki były tak poprowadzone, że mijaliśmy bokiem schronisko na Hali Miziowej. Według mnie, takie przebieg trasy miał na celu zredukowanie do minimum zmiany w oznaczeniach.

Crossowy odcinek między Pilskiem a Rysianką pokonałem bardzo sprawnie wyprzedzając po drodze kilku biegaczy. Na Rysiance był zlokalizowany punkt z wodą. Szybki pit stop zmoczenie bufki i po odbiciu w prawo zbieg do Sopotni. Na zbiegu roiło się od turystów. Mijając dwójkę usłyszałem, „ …ty patrz jak leci zaraz nogę złamie”. Komentarz pochodził od Pana obutego w gustowne mokasynki z kutasikami, któremu towarzyszyła pani w szykownych minimalistycznych czółenkach.

Na zbiegu do Sopotnii udało mi się dojść kolejnego biegacza i razem biegliśmy do jedynego na naszej trasie punktu żywieniowego. Po zameldowaniu się na punkcie dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w pierwszej dziesiątce. Na moje pytanie czy jest kawa ze śmietanką odpowiedź była przecząca dając obsłudze drugą szansę zapytałem o owoce z bita śmietaną. Odpowiedz była negatywna. Oczywiście była to mała prowokacja, bo doskonale wiedziałem, że tych rzeczy być nie mogło. Nie u Michała, nie na Leśniku. Tak już na serio czas na punkcie wypełniła nam dyskusja na temat wyższości butów NIKE nad La Sportiva. Nasze rozważania przerwała zbliżająca się zawodnicza. Na hasło „dopijamy i lecimy” ruszyliśmy na ostatnią sztajchę – 4 km podejście pionową ścianą poprzetykaną rumoszem skalnym. Podchodząc uznałem, że nie ma co się męczyć znalazłem kostur, który zastąpił mi kije. Ta ostatnia kiepa miała również wartość edukacyjną, bo usiłując złapać równowagę na luźnych kamieniach można było poznać i zrozumieć fenomen propriocepcji.

Od zbiegu z Rysianki w moim bucie zameldował się kamyk wielkości ziarnka soczewicy. Można było z nim biec jednak na ostatnim podejściu dokwaterował się do niego większy kompan. Tej dwójki już nie dało się spacyfikować. Widząc, że Jacka, z którym  biegłem złapały skurcze postanowiłem w ramach solidarności, przystanąć i wyeksmitować z buta nieproszonych gości. Usiadłem na kamieniu i zamiast sprawnie rozwiązać buta, zrobiłem ze sznurówek nowy węzeł Gordyjski. W tej sytuacji uznałem, że lepiej będzie zsunąć buta ze stopy i mając go w rękach dopiero rozplątać węzeł. Taki była plan. Szybko z niego musiałem zrezygnować, bo zsuwając buta złapał mnie skurcz łydki. Zostałem ze zgiętą nogą, której nijak nie dało się rozprostować. Nic nie pomagało. Dopiero po jakiś 5 min. po serii uszczypnięć, oklepywań i polań wodą skurcz ustąpił. Jacek, któremu wcześniej udało się pozbierał na odchodne rzucił „dojdziesz mnie na trasie”.

Przez jakiś czas widziałem Jacka przed sobą. Zgubiłem go na ostatnim podejściu. Uznałem, że skręcił w lewo i pognał do mety. Nawet pogodziłem się z tym, że będę 10 a nie 9. Jakież było moje zdumienie gdy na mecie dowiedziałem się że jestem 7. Co się w takim razie stało z Jackiem i resztą, którzy byli przede mną. Czyżby pochłonął ich w korbielowski odpowiednik trójkąta bermudzkiego? Tajemnicy nie rozwiązał telefon Jacka do Michała. Jacek zapytał gdzie jest meta bo oni są koło „chodzącego wyciągu” gdzie to było i gdzie się pogubili nikt nie wie. Fakt jest taki, że przybiegli na metę 36 min. po mnie.

meta

Meta

O organizacji nie będę pisał, bo była idealna. Muszę się tylko umówić z Michałem na odbiór Jeppa Renegade, który był nagrodą za 7 miejsce. Czołówka dostała Leśne dziadki;).

ld

Leśne Dziadki